1-3

1

Hazel siedział na zimnej, kamiennej podłodze. Czarne włosy opadały mu na oczy. Podniósł głowę do góry i popatrzył na wysoko umieszczone, zakratowane okienko. Tak strasznie nienawidził tego więzienia. Nie obwiniał nikogo o to, że się tu znalazł. Wiedział, że to była tylko jego wina, ale nie mógł się wtedy powstrzymać. Gdyby nie była aż tak narwany. Jeszcze bardziej od wiezienia nienawidził tych, których zabił. Ich śmierć wcale mu nie pomogła, nie ulżyła. Odpalił papierosa. Jedynymi rzeczami jakich nie brakowało w tym pieprzonym świecie, jego świecie, był papierosy i alkohol.

Zaczął myśleć o tym, co jest poza zagrzybionymi ścianami budynku, w którym się znajdował. Cholerni ludzie doprowadzili do katastrofy. Naukowcy zaczęli się bawić w Pana Boga tworząc „nadludzi”, których wyrzucili potem jak stare rękawiczki, kiedy tylko udało im się stworzyć coś nowszego. Roboty. Lepsze, bo bez uczuć. Ich zresztą też szybko się pozbyto. Władze ładują miliony w nowe wynalazki nie widząc tego, że społeczeństwo upada, bieda i głód rozszerzają się coraz bardziej. A tylko wystarczy spojrzeć kawałek za miasto, zaledwie kilometr od bram.

Pomyślał o tym co zrobili jemu...

Hazel miał 25 lat i był jednym z nadludzi. Pięć lat temu, kiedy był jeszcze nie doświadczonym żołnierzem, postanowił zgłosić się do pilotażowego programu.

Kiedy rząd zaczął pozbywać się swoich eksperymentów otworzyły mu się oczy. To czego tak bronił przed opinią publiczną, z czego był tak dumny, nie było niczym więcej jak tylko kolejnym etapem w wyścigu zbrojeń. Od samego początku wszyscy zakładali, że się nie uda, że trzeba będzie zrobić kolejne setki testów i powtórzyć wszystko od nowa.

Nadludzie. Podobno są niebezpieczni. Owszem. Naukowcy maja rację. Zwiększając niektóre z umiejętności zwiększyli ludzki temperament, twory eksperymentu dostawały napadów szału. Dlatego się ich pozbyli i zastąpili robotami. Pozabijali to, co stworzyli, zabili ludzi. Ale jego przecież nie powinno to dziwić, sam nie  był od nich lepszy. Tylko dlatego udało mu się przeżyć. Przyjął prostą zasadę, zwalczać zło złem.

 Ściany wiezienia zatrzęsły się złowieszczo, następnie w jednej z nich wyleciała dziura sporej wielkości. Hazel uśmiechnął się pod nosem.

Przez otwór do celi wbiegła dziewczyna, o włosach tak jasnych, że wydawały się być niemalże srebrne, i rzuciła się w jego ramiona. Za nią weszło pięć innych osób.

- Genevieve...- podłaził dziewczynę po włosach

- Zbieraj się Orzeszku*, lecimy- odezwał się wysoki czarnoskóry mężczyzna, starszy od Hazel’a o jakieś pięć lat.

- Wracasz do domu narwańcu- uśmiechnęła się drobna, rudowłosa kobieta.

 

2

Doktor Angela Howell była zimną i wyrachowana kobietą w średnim wieku. Jej blond włosy zawsze były upięte w ciasny kok, a makijaż wykonany z japońską wręcz perfekcją. Jedyne do czego ta kobieta w życiu doszła, było wysokie stanowisko w GEN-TECH.

Szybkim krokiem wsiadła do windy i nacisnęła guzik wskazujący na ostatnie piętro. Kiedy drzwi rozsunęły się ponownie skierowała się w stronę biura zarządu. Jej wysokie, drogie szpilki, stukały o wyłożoną drewnem podłogę przy każdym kroku. Doktor Howell nie przejmowała się tym. Zignorowała sekretarkę, która przyjaźnie ją przywitała i otwarła drzwi.

Gabinet dyrektora Wallesa był przestronnym, narożnym pomieszczeniem na jedenastym piętrze. Z ogromnych okien roztaczał się wspaniały widok na pół miasta.

- Wzywał mnie pan.- Stwierdziła opanowanie, niepewność nie była w jej stylu.

- Tak panno Howell, proszę usiąść.- Dyrektor wskazał jej fotel naprzeciwko swojego.

- Dziękuję.- Usiadła z gracją. Zawsze lubiła skórzane obicia wielkich foteli, w których zwykli siedzieć goście Wallesa. Wbrew pozorom Angela uwielbiała luksus i wiedziała, że łatwo mogłaby się do niego przyzwyczaić, gdyby tylko nadarzyła się taka okazja. - Czego pan ode mnie oczekuje?

- Hazel Lang uciekł z wiezienia.

- To chyba jest sprawa władz, a nie moja.- Wiadomość nie zrobiła na niej najmniejszego wrażenia.

- I tu się pani myli, moja droga.- Dopiero te słowa nią wstrząsnęły. Ona się myli?! Wszyscy w GEN-TECHu wiedzieli, że nie ma drugiej tak zadufanej w sobie osoby jak Angela Howell, która już od dawna uważała siebie samą za nieomylną.

- Obawiam się, że nie rozumiem.

- Proszę poznać komisarza Lewis’a Greenblatta.- Z cienia wyszedł mężczyzna średniego wzrostu i o dość przeciętnej budowie ciała.

- Komisarza?- Zapytała drwiąco Angela. Musiała na kimś wyładować napięcie spowodowane przeżytym przed chwilą szokiem.- Od wieków nikt tego tytułu nie używa.

- Ale ciągle on funkcjonuje, proszę pani- wyjaśnił Greenblatt.- W kręgach strażników stare określenia są bardzo szanowane.

- Niech panu będzie, komisarzu.- Zaakcentowała jego rangę- Więc, co ja mam wspólnego z Lang’iem i jego ucieczką?

- To proste panno Howell, to pani go stworzyła, była pani odpowiedzialna za ten eksperyment.- Powiedział dobitnie dyrektor. Angeli coś przekręciło się w żołądku. To nie był jej eksperyment. Pięć lat temu była jedynie asystentką głównego prowadzącego. Tak, to miał być jej eksperyment, ale zarząd zdecydował inaczej i została tylko cholerną asystentką. Ta sprawa od zawsze była jej solą w oku. Tak wiele poświęciła w swoim mniemaniu, aby otrzymać kierownictwo nad projektem.

- To nie był mój eksperyment.- Odpowiedziała oschle. Dyrektor stracił pewność siebie i zaczął kręcić kciukami. Pani doktor poczuła wyższość. Po raz kolejny udało jej się udowodnić, że ktoś się myli.

- Czy wie pani dlaczego Hazel Lang został zatrzymany?- Odezwał się niespodziewanie komisarz Greenblatt.

- Dlatego, że takie prawo zostało ustanowione po jego ucieczce z laboratorium. Jest niebezpieczny dla otoczenia- doktor Howell była święcie wierzyła w to, co mówiła.- Wreszcie udało się go odnaleźć.

- Nie, pani doktor.- Komisarz pokręcił głowa- Hazel Lang tego wieczora, którego został zatrzymany, zabił wszystkich odpowiedzialnych naukowców za ten eksperyment, poza panią.

Angela Howell nie wiedziała co powiedzieć, media nic na ten temat nie wspominały. Była tylko krótka informacja, że został zatrzymany przywódca ruchu oporu. Przełknęła głośno ślinę. Znała Hazela Langa, ale nie spodziewała się, że może być aż tak niebezpiecznym człowiekiem. Jednak te uczucia zostały stłumione przez myśl, z której ona sama nie była dumna. Czy jej rola  projekcie była aż tak mało istotna, że nie warto jej było zabijać?

- Doktor Howell, od tej pory ściśle współpracuje pani z policja.- Rozkazał dyrektor. Tym razem musiało być tak jak on tego chce i n ikt nie mógł m u wmówić, że podjęte działania nie maja sensu.

Kobieta wyszła chwiejnym krokiem z gabinetu. Z braku energicznego kroku, obcasy już nie stukały tak głośno, ale jedynie co jakiś czas wydawały mało atrakcyjny dźwięk szurania.

- Doktor Howell, coś się pani stało? Może wezwać pogotowie?- Przeraziła się młodziutka sekretarka

- Nie dziękuję wszystko dobrze, jestem tylko trochę zmęczona.

3

- Chcę odzyskać moją córkę!- wrzasnął dyrektor Strandford- Szukacie jej od roku i nic!

Detektyw Davis skulił się na fotelu w którym siedział. Jego pracodawca miał racje, szukali młodej Strandford od dnia jej zaginięcia i nic. Kiedy tylko trafiali na jakiś ślad, okazywał się on ślepym zaułkiem.

- Panie Strandford,- Odezwał się Davis- pańska córka po prostu rozpłynęła się w powietrzu

- Gówno prawda!- Wrzasnął dyrektor- szesnastolatka nie może się rozpłynąć!

- Ależ proszę pana...- Detektyw nieśmiało zaprotestował

- Myślisz, że nie wiem gdzie jest?!- Strandford opryskał najętego pracownika śliną- Jest w Edenie!

- Nie ma na to żadnych dowodów. Jak by tam trafiła. Nikt nie wie gdzie to jest, poza buntownikami, rzecz jasna.- Davis upierał się przy swoim

- Lang ją tam trzyma! Chce broni!- Dyrektor i zarazem właściciel największej firmy zajmującej się techniką zbrojeniową, wstał i podszedł do okna- Teraz, kiedy Hazel Lang został zatrzymany jest szansa ją odzyskać.

Nastąpiło dłuższe milczenie. Detektyw Davis zastanawiał się czy wyjawić prawdę. Jak bardzo rozzłości to stojącego przed nim mężczyznę? W końcu jednak się zdecydował.

- Lang zbiegł zeszłej noc...

W Strandfordzie się zagotowało. W ciągu kilku sekund wyjął broń i wycelował w skroń detektywa. Od samego początku nie lubił tego człowieka, ale wszyscy dookoła się upierali, że jest jednym z najlepszych detektywów w Rivercity. William Strandford doskonale zdawał sobie sprawę, że gdyby ten gnojek nie był policjantem, już dawno rozwaliłby mu łeb i wcale by tego nie żałował.

- Williamie, nie!

Do gabinetu weszła szybkim i nieco chwiejnym krokiem, wysoka, ciemnowłosa kobieta. Mogła mieć około czterdziestu lat, jednak ślady nieprzespanych nocy i wielu zmartwień znacznie ją postarzały. Pani Strandford już od dawna nie była tą kobietą, która dwadzieścia lat temu z uśmiechem na ustach wypowiedziała sakramentalne tak.

- Spieprzaj stąd Davis.- Detektyw czym prędzej opuścił pokój. Może i potrafił być arogancki, ale z całą pewnością nie był głupi. Już raz o mało co nie zarobił kulki od tego psychopaty. Co prawda nie sądził, żeby jego pracodawca mógł rzeczywiście go zabić, ale sam uszczerbek na zdrowiu również nie był czymś mile widzianym.

- Williamie co się stało? –zapytała go żona

- Lag uciekł, a ci debile nie potrafią nawet znaleźć szesnastolatki. -Wyrzucił z siebie jednym tchem. Żona położyła mu dłoń na ramieniu.- Czemu ona nam to zrobiła?

- Może nie trzeba było jej zmieniać.- Westchnęła kobieta.

- Aurelio, przecież ja zrobiłem to dla niej...

- Nie, Williamie, zrobiliśmy korektę genu, żeby mieć dziecko idealne.- Powiedziała oschle Aurelia Strandford i wyszła.

_______________________________

* Hazel z ang. oznacza leszczynę, a więc orzech.

 


2009-03-07

skomentuj (1)




Linki